WYKLUCZONA MOŻLIWOŚĆ

images (1)

Znaczy to, że powin­ność moralna wyklucza możliwość instrumentalnego traktowania osoby, czyli jej „użycia”. W tym także sensie jest ona bezwarunkową lub bezwzględną lub kategoryczną powinnością. Z tego samego powodu urzeczywistniające ją czyny odznaczają się znamieniem bezinteresowności. Nie tylko jednak sposób afirmowania osoby przez osobę jest zaprogramowany z góry godnością oso­by. Również i treść czynów afirmacji nie jest pozostawiona dowolnemu uzna­niu osoby-podmiotu, determinuje ją „natura” tego, komu afirmacja jest należna. Osoba-podmiot nie ustanawia jej, stoi natomiast ciągle wobec zada­nia jej odczytywania. Osoba-przedmiot nie jest przecież jakimś treściowym vacuum. Egzystuje przy tym w złożonych układach stosunków z innymi osobami i pozaosobowym światem. Układy te określają tzw. sytuację osoby. Oto także powód, dla którego nie można inaczej zaafirmować osoby, jak tylko w sytuacji, w jakiej ona tkwi. Ponadto, osobowy adresat afirmacji wyma­ga w akcie afirmacji osobowej obecności afirmującego. Z tego powodu osoba- -przedmiot nie jest jeszcze adekwatnie zaafirmowana jako osoba, gdy osoba- -podmiot afirmuje ją jedynie poznawczo: „Jesteś osobą, nie rzeczą”. Nie jest także zaafirmowana jako osoba, gdy osoba-podmiot uznaje ją tylko estetycz­nie jako sui generis ars: „Mam podziw dla ciebie”.

PODSTAWOWA NORMA

0004X8J5C3FWBT7I-C116-F4

Osoba przez sam fakt bycia tym, kim jest, jest tym, kogo należy afirmować dla niego samego. Podmiot, będąc zresztą także osobą, nie bytuje inaczej, jak tylko w polu apelu płynącego ze świata osób do uznania ich w tej godności. Jako osoba w świecie osób jest tym samym osobą w polu powinności. Jest nią już jako osoba-podmiot w stosun­ku do własnej osoby-przedmiotu. W tej powinności afirmowania osoby-przed- miotu ze względu na jej godność, doświadczenie identyfikuje istotę moralnej powinności. Oczywiście, instancja rodząca powinność moralną jako fakt: ŻE się coś powinno, określa także miarę tego, co się powinno, jakkolwiek nie bez uwzględnienia dynamicznej struktury tego, od kogo jest ta afirmacja jako coś osobie należnego – wymagana, czyli struktury osoby-podmiotu. Jeśli podstawową norma normans, określającą, co i jak jest należne osobie-przed- miotowi od osoby-podmiotu, jest godność osoby przedmiotu, to zgodnie z tym afirmacja ta wtedy dopiero dochodzi do skutku, gdy osoba-podmiot afirmuje osobę-przedmiotbez względu na cokolwiek innego poza jej godnoś­cią, czyli dla niej samej. Wtedy bowiem dopiero afirmacja ze strony podmio­tu osiąga poziom odpowiadający godności jej adresata.

OBIEKTYWNA ROLA

images

To sama „rzecz” powinnoś­ciorodna: przedmiot sądu przejmuje rolę obiektywnego probierza, czyli kryterium jego przedmiotowej ważności, wartości logicznej. Oczywiście, powinność istnieje dla podmiotu tylko jako uświadomiona, czyli wyłącznie w jego własnym sądzie, własnym o niej przeświadczeniu. Poprzez to wkracza ona możliwie najdogłębniej do wnętrza podmiotu, obejmuje niejako od samego środka jego ja. Nic dziwnego, skoro dokonuje się to na mocy jego własnej asercji wyrażonej powinnościorodnym sądem. Dzięki tej prawidłowoś­ci dokonuje się osobliwa rzecz: zobowiązanie moralne nie tylko nie narusza wewnętrznej wolności podmiotu, wręcz przeciwnie, to ono właśnie stanowi zupełnie unikalny rodzaj proklamacji jego autonomii. Podmiot bowiem decydując się na spełnienie powinności moralnej wybiera w końcu to, co on sam własnym sądem poznawszy jako powinne – sam uznał za prawdę. Decydując się na czyn po linii poznanej i uznanej powinności dochowuje wierności sobie, dynamizując i umacniając przy tym integralność swego ja. Ale, co w końcu stanowi ową „rzecz” powinnościorodną, będącą przedmio­tem powinnościorodnego sądu podmiotu? Przedmiotem wzywającym niejako samym sobą całą dynamiczną potencjalność podmiotu do „wyjścia z siebie” w stronę „rzeczy” powinnościorodnej, wzywającą podmiot do całościowego zaangażowania się po jej stronie? Tą „rzeczą” par excellence powinnościo­rodną jest godność osoby. Nie potrzebujemy niczego poza nią samą szukać, by „zdać sprawę” z faktu moralnej powinności i równocześnie znajdujemy w niej wszystko, co ją konstytuuje.

PRZEDMIOT AKTU

pobrane

Pod­kreślamy je raz jeszcze: powinność moralna działania dana jest podmiotowi zawsze i tylko w jego własnym sądzie o niej. Wskutek tego działanie moralnie dobre dochodzi do skutku wyłącznie w rezultacie uzgodnienia go z własnym przeświadczeniem o powinności jego podjęcia. Jednak powinność ta dana jest w sądzie, który jako akt poznawczy transcenduje, czyli przekracza, sam akt sądzenia. Powinność jest przedmiotem tego aktu. Ujawnia to transsubiektyw- ny charakter powinności moralnej, jej pozapodmiotową proweniencję. Sąd ten o tyle tylko „rodzi” powinność, o ile podmiot jest przeświadczony o jego prawdziwości. Przeświadczenie to zresztą o tyle tylko dochodzi do skutku, o ile podmiot domniemywa co najmniej – jego prawdziwość lub przedmio­tową zasadność. Ta właśnie cecha sądu najwyraźniej bodaj ujawnia jego „przezroczystość”, jego znakowy, tranzytywny charakter. Sąd jest więc powin- nościorodny niejako akt, lecz jako znak, w którym ujawnia się wprost sama powinnościorodna „rzecz”. W związku z tym także nie moc czy siła prze­świadczenia (evidentia subiectiva), z jaką podmiot podtrzymuje dany sąd, stanowi rozstrzygające kryterium jego ważności.

POMYŁKA PISANA SUMIENIU

15805_mini_200x200

Jest ostateczną subiektywnie to tyle, co nie ostateczną po prostu, bezwzględnie ostateczną. Pomyłka jest pisana sumieniu podobnie, jak każdemu ludzkiemu poznaniu w innej, pozamoralnej dziedzinie. Jeśli więc podmiot nie może nie respektować własnego sumienia, to tym bardziej nie może nie kontrolować własnych rozeznań moralnych, by nie znaleźć się w tragicznej dla siebie sytuacji: świadczenia posłuszeństwa wobec sumienia, które nie jest sumieniem „naj­lepszej próby”. Stąd też wezwanie etyki klasycznej do nieustannej i niestru­dzonej kontroli własnych dotychczasowych rozpoznań i diagnoz moralnych jest zrozumiałym i koniecznym dopełnieniem postulatu tradycji, wyrażające­go konieczność bezwarunkowego posłuszeństwa dla nakazów własnego sumienia. Formułowanie niemal jednym tchem obu tych postulatów stanowi nader wymowne świadectwo tego, jak dawni mistrzowie głęboko wnikali w istotę fenomenu powinności moralnej i fenomenu sumienia, nawet jeśli ich szczegółowo nie analizowali jako psychologowie czy teoretycy poznania. W tym jednak, co nam przekazali, dali dowody, że mieli trafną intuicję co do sedna sprawy, a nasze uzupełnienia mają tylko charakter przyczynków, polegających najczęściej na uwydatnianiu znanych im już elementów.

ETYKA TRADYCYJNA

etyka

Nie Kant, ale już etyka tradycyjna proklamowała tę autonomię w tezie, że sumie­nie jest ostateczną normą moralności. Etyka ta podkreślając do końca obowiązek działania zawsze w zgodzie z sumieniem — nawet sumienie błędne zobowiązuje do działania zgodnie z nim umiała przecież nie przeoczyć czegoś innego, równie istotnego, czego byśmy na próżno szukali u Kanta czy Sartre’a. To niezaprzeczalna prawda, że tylko nasz własny sąd może nas moralnie zobowiązywać, skoro jedynie on nas koniec końców o zobowiązaniu informuje. Równie jednak niezaprzeczalną prawdą jest, iż nasz własny sąd zobowiązuje nas dlatego, że jest sądem, czyli aktem poznania. Zobowiązuje nas więc nie tyle i nie tylko dlatego, że jest nasz własny i przez nas wydany, lecz dlatego, że jest komunikatem o tym, co nas przedmiotowo obowiązuje. Sąd nie stwarza więc sam przez się powinności moralnej, nie jest jej generatorem w sensie jakiegoś genetycznego i zarazem metodologicznego a priori powin­ności moralnej. On tylko ją przekazuje do wiadomości podmiotu. Inna sprawa, że w tej roli jest on jedyny i nie do zastąpienia. Dlatego właśnie etyka tradycyjna akcentując, że sumienie jest ostateczną normą moralności, równie spiesznie dodaje, że jest ono normą subiektywną zarazem, to znaczy jest normą moralności subiektywnie ostateczną.

ZOBOWIĄZANIE MORALNE

etyka-w-biznesie

Dlatego też zobowiązanie moral­ne, odznaczające się skądinąd cechą bezwarunkowości, musi koniecznie przy­brać postać bezwarunkowej powinności respektowania własnego rozpoznania w przedmiocie tego, co się powinno, czyli bezwarunkowego posłuszeństwa wobec nakazu „głosu sumienia”. Oto dlaczego nie istnieje i nie może istnieć żadna moralnie „ważna” dla podmiotu powinność, która nie musiałaby się wyrazić w jego sumieniu i nie uzyskać jego aprobaty. Oto dlaczego również w przypadku kolizji nakazu sumienia z nakazem autorytetu, trwającej pomi­mo podjęcia ze strony podmiotu dogłębnej rewizji racji „pro” i „contra”, na jaką tylko podmiot umiał się zdobyć, pozostaje on „bez alternatywy”: nie może uczynić zadość nakazowi autorytetu wbrew swemu sumieniu. „Nie może” znaczy „nie wolno” mu. Czy więc nie sprowadziliśmy w końcu na­szego problemu znowu do postaci antynomii: albo autorytet albo sumienie i nie rozstrzygamy jej ostatecznie na rzecz autonomii sumienia?Nie pora jeszcze, aby udzielić na to pytanie definitywnej odpowiedzi. Znajdujemy się bowiem ciągle jeszcze w połowie drogi naszej analizy sumie­nia. Jej dotychczasowy wynik brzmi istotnie: nie ma sytuacji, w której można by moralnie usprawiedliwić działanie nie mające aprobaty sumienia. Na tej też prawidłowości zasadza się istota jego autonomii: zobowiązanie i odpowia­dające temu zobowiązaniu uprawnienie podmiotu do postępowania zawsze w zgodzie z własnym przekonaniem, z nakazem własnego sumienia

PODJĘCIE OKREŚLONEJ DECYZJI

Businessman with heart icon

Aktami tymi są sądy. Powinność podjęcia określonej decyzji lub czynu afirmacji jest przedmiotem tego typu sądów. Jest prawdą, jaką ten sąd ujaw­nia. Prawdę tę można nazwać również stanem rzeczy. Jego osobliwością jest, że przedstawia on normatywny stan rzeczy: powinność, którą wspomniany sąd stwierdza tak, jak inne sądy stwierdzają realne stany rzeczy. Na tym polega wszak jego funkcja znaku odsłaniającego rzeczywistość. Wniosek stąd prosty: instancją informującą podmiot o tym, że coś i co powinien, są jego własne sądy. Nie trzeba dodawać chyba, że jest to instancja jedyna, jaka w ogóle może wchodzić w rachubę. Przecież pomoc kogokolwiek innego w rozpoznaniu tego, co podmiot powinien, może się „imać” podmiotu o tyle tylko, o ile on tę powinność być może dopiero dzięki pomocy drugiego sam w końcu dostrzeże, czyli, jeśli się stanie ona przedmiotem jego włas­nego sądu. Zrozumiałe jest, że uzgodnienie czynu podmiotu z tym, co pod­miot powinien lub nie powinien, może się dokonać jedynie i wyłącznie po­przez uzgodnienie działania podmiotu z tym, co o powinności swego działa­nia podmiot dowiaduje się z własnego jej rozpoznania, czyli poprzez zgod­ność z własnym sądem. Innej drogi nie ma.

CAŁE DOŚWIADCZENIE DZIEDZINY

p014_1_00

Pod tym względem teza Kanta ma przeciw sobie całe doświadczenie dziedziny moralności. Podmiot z całą oczywistością widzi „się”, czyli swoje świadome i wolne ja, jako ja „osaczone” powinnością. Jest ona przy tym – czego zresztą Kant słusznie, acz opacznie broni – powinnością bezwarun­kową w tym sensie, że nie zależy od żadnego „chcę” ze strony podmiotu jako swego warunku. Czy jednak niezależność tej powinności od jakiegokolwiek „chcę” ze strony podmiotu musi oznaczać, że nie jest ona usprawiedliwiana żadnymi racjami? Zanim do tej sprawy przejdziemy, zauważmy, że powin­ność ta jest zawsze do kogoś lub do czegoś zaadresowana: do osób innych ludzi, osoby własnej, a nawet do bezosobowych istnień. Jawi się ona jako powinność ich afirmowania przez podmiot. Również i ta okoliczność wskazu­je wymownie na to, że podmiot nie stwarza tej powinności, lecz ją odkrywa. Jawi się jako powinność, wraz ze światem osób. Czy więc i nie z ich powodu? Podmiot odkrywa ją w każdym razie jako powinność podjęcia określonych czynów, mających charakter afirmacji wyżej wymienionych adresatów. „Od­krywcza powinność” znaczy wszakże „ujmuje ją we własnych aktach poznaw­czych”.

ZBYT PŁYTKA ANALIZA

pobrane (1)

Za mało i zbyt płytko zana­lizowano ów „samonakaz” czy owo „przeświadczenie”, z którym zgodność działania podniesiono do rangi jedynej zasady. Owo przeświadczenie, jakim jest „głos sumienia”, całą swą istotą bowiem wskazuje POZA siebie. Ma charak­ter wybitnie intencjonalny i całą swą rację bytu czerpie stąd, że jest znakiem, w którym podmiotowi odsłania się świat, domagający się od niego afirmacji w imię prawdy o tym świecie. W swej roli znaku sumienie pełni więc jakby rolę posłańca tego świata do podmiotu i rolę posłańca, którego sam podmiot wysłał w ten świat jako swego zwiadowcę. Treść, jaką ów posłaniec komuni­kuje, jest więc treścią z transsubiektywnego świata i równocześnie komunika­tu własnego wysłannika. Wezwaniu transsubiektywnego świata niepodobna więc uczynić zadość inaczej, jak tylko polegając na komunikacie sumienia. Komunikat ten może być niekiedy bardzo niedoskonały, jest jednak jedynym sposobem łączności podmiotu ze światem powinnościorodnym. Podmiot jest na niego zdany bez reszty. Nie ma też dla niego innego sposobu uznania, afirmacji owego transsubiektywnego świata, jak zaafirmowanie go w tym jego obrazie, jaki mu w danym momencie przedkłada jego własne sumienie. Oto obrazowe ujęcie. A teraz spróbujmy ten obraz zweryfikować.Elementarne doświadczenie mówi nam, że podmiot podlega powinności moralnej, że ją po prostu zastaje jako coś co mu dane i zadane. Nie tylko jej nie ustanawia, ale – co wbrew Kantowi podkreślamy nie może jej ustana­wiać.